love is all

Dawno nic nie pisałam, ale to nie dlatego, że nie mam o czym pisać. Wydaje mi się: wręcz przeciwnie. Miesiąc, który minął (bezpowrotnie?), był miesiącem obfitym w wiele wydarzeń. 2 tygodnie turnusu rehabilitacyjnego, wiele spotkań z Drugim, liczne rozmowy: mniej lub bardziej poważne.

Nie korzystałam (zbytnio) z internetu. Co jakiś czas pisałam na swoim profilu na facebooku, co się u mnie i we mnie działo. Po co to robię? Aby nie zapomnieć. Aby nic nie umknęło. Aby doświadczenia, które za mną, wpłynęły (pozytywnie!) na to, co jeszcze przede mną. A ufam, że moje życie nie kończy się na tym, co było. Chcę się zatrzymać, aby ruszyć z jeszcze większym impetem. Kochać mocniej. Nie zapominać. Dziękować i żyć w uwielbieniu – przecież na nic nie zasłużyłam, nie musiałam zasługiwać. Po prostu JESTEM.

 

7 lat temu nawet krótka rozmowa z kimś nieznajomym sprawiała, że miałam dreszcze na całym ciele. Nie lubiłam zakupów (w sumie do tej pory niekoniecznie za nimi przepadam), nie umiałam mówić o swoich problemach, a wszystkie kontakty z kimś obcym, mówiąc najprościej, paraliżowały mnie. Do czasu, gdy pojechałam… na rekolekcje w milczeniu. Paradoks?

Pan Bóg zaczął leczyć mnie z moich licznych kompleksów. Wówczas czułam się niepotrzebna, niekochana i właściwie bezużyteczna. Żyłam, ba – nawet dobrze się uczyłam i zachowywałam (jak na grzeczną dziewczynkę przystało), jednak moje serce pozostało jakby puste. Nie umiałam się cieszyć. Każda relacja sprawiała mi kłopot – choć może z zewnątrz było nawet wszystko w porządku. I zwyczajnie… bałam się kochać. Czułam się niegodna miłości. Nie umiałam ufać innym ludziom, sobie, a chyba przede wszystkim Bogu, którego wówczas znałam.

Nikt mi nie powiedział, że On mnie kocha (mimo że do kościoła co jakiś czas chodziłam, a nawet w nim posługiwałam), wszyscy – łącznie z księżmi – mówili o grzechach, o konieczności spowiedzi i wierze w dogmaty.

Nikt mnie nie umiał przytulić. Nikt nie powiedział, że jestem dla niego kimś ważnym. Nikt.

I z tą miłością, pierwszym dotknięciem, zaczęłam jakby nowy etap. 7 lat temu, w dniu ojca. W tym czasie przeżyłam wiele… Studia w Krakowie, pobyt w klasztorze, zranione miłości, poczucie odrzucenia… Miłość, która trochę boli, czasem umiera, niekiedy więcej otrzymuje niż daje w zamian.

I stałam się, i staję się szcżęśliwa!

Z poczuciem bycia kochaną, potrzebną; z otwartością na innych: niekoniecznie „swoich” katoli.

Ale to nie ludzie wokół mnie się zmienili, nie! To nie moje towarzystwo, które sobie „upatrzyłam”. To moje serce zaczęło się otwierać i przestać widzieć w kimś wroga. To ja zaczęłam służyć ludziom – bo ktoś (Jezus w spojrzeniu jezuity) pochylił się nade mną. Darmo dostałam, darmo chcę dawać.

Nie powiem, że jestem już święta (oj, nie – ci, co mnie znają, wiedzą o tym doskonale). Nawet nie staram się taka być. Serio. Jasne, że się spowiadam, że się staram BYĆ bardziej dziś niż wczoraj. Ale nie chcę być święta na siłę, z mojej inicjatywy.

Ufam Bogu i wierzę, że nawet moje najgorsze świństwa są w jakiś sposób zaplanowane dla Jego większej chwały.

Może jest to skandaliczne, ale…

Na mojej tablicy korkowej napisałam: Love is all, God is love!

Miłość…

Tylko ona się liczy.

Wystarczy słów?

Czyny bardziej?

Po prostu.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

dziadek

Dawno nic nie pisałam, chyba wcale nie dlatego, że nic się nie działo; wręcz przeciwnie, natłok różnych spraw: sesja, praca, chłopak (to przede wszystkim 😉 ), sprawiły, że nie miałam czasu niekiedy swobodnie wypić kawę, a już w ogóle coś napisać. Jednak zbliżają się wakacje, to chociaż studia mogę odjąć z tej listy. 🙂

Ostatnio coraz mocniej zdaję sobie sprawę, że istnieje w świecie duży deficyt miłości. Żyjemy, śnimy i umieramy… samotnie. Czekamy, aż ktoś nam powie: kocham cię; aż ktoś zapewni, że jest obok; aż ktoś przytuli, gdy będziemy w potrzebie. Czasem się tak dzieje – jednak nie zawsze i nie u każdego. Samotność nie mija, a pobłębia się. Niby wszyscy o tym wiemy, a jednak… często nie umiemy, nie chcemy, boimy się tę samotność zmniejszyć. Ona przecież nie zawsze jest zła, nie musimy jej tępić. „Ale żeby chociaż tak nie bolało” – powiedziała do mnie jedna z moich koleżanek. „Chociaż tak…”.

Tydzień temu umarł mój dziadek. Rak żołądka, który się do niego przyczepił, strasznie go wyniszczył. Dziadek przez ostatnie miesiące swojego życia jadł przez sondę. Bardzo długo zachował swoją żywotność – i nawet spacerował po kilka kilometrów dziennie. Jednak niedługo przed śmiercią strasznie się pogorszyło. Dziadek zasłabł. Wykryto mu wodę na płucach – „nie opłacało się” już tego leczyć… Dziadek z dnia na dzień słabł coraz bardziej. Wszystkiego, co wokół niego się działo, był świadomy. Również nadchodzącej szybko śmierci… Ale i tego, że jest kochany. A może przede wszystkim tego?

Przyznam, że wiele lat miałam trudność, aby moich dziadków odwiedzić. Nie wiem dlaczego. Już jako mała dziewczynka omijałam ich dom szerokim łukiem. Buntowałam się, kiedy rodzice chcieli, abym z nimi poszła. Szczerze mówiąc, w obliczu dziadka choroby, niewiele się w tej kwestii zmieniło. Narastał we mnie lęk. I wstyd do siebie samej: nawet dziadka nie potrafisz odwiedzić, przełamać się, nie kochasz go. Choć tak naprawdę: kochałam go. Modliłam się za niego. Może nie umiałam mu tylko tego powiedzieć…

Zaczęłam o tym rozmawiać. Najpierw z Maćkiem – moim chłopakiem, potem zaufanym psychologiem. Lęk nie mijał, ale w końcu zrozumiałam, że on… właściwie nie może mi nic zrobić, jest jakby poza mną. Maciek zaproponował, że oboje pojedziemy do dziadka. Zgodziłam się – mimo że strasznie się bałam. Pojechaliśmy. W domu u dziadków była smutna atmosfera. Wszyscy płakaliśmy, wiedząc, że dziadkowi niewiele zostało już z „tego” życia. Nie chciałam wchodzić do jego pokoju – bojąc się, że nie spotkam MOJEGO dziadka, takiego, jakiego zapamiętałam sprzed choroby, pół roku wcześniej. Podstępem mojej mamy, która opowiedziała dziadkowi o moim chłopaku, zostaliśmy oboje niejako „wepchnięci” do jego pokoju…

Dziadek siedział na łóżku, wychudzoną dłonią podpierając jednakowo wychudzony policzek. Nie przypominał mi kompletnie tej osoby, którą miałam w pamięci. Postarzał się o jakieś 40 lat (wcześniej wyglądał na 50 [nie miał nawet siwego włosa!], potem na 90…). Jego głos był bardzo cichy. W oczach smutek… Nostalgia… Tęsknota? Dziadek nie chciał umierać. Mówił o tym. W telewizji puszczali reklamy lekarstw chyba na wszystkie dolegliwości, jednak żaden nie mógł mu pomóc. I dziadek reklamy oglądął, i płakał, i buntował się.

Na to wszystko patrzyła z boku moja mama i jej siostra. Pomagały dziadkowi w codziennych czynnościach – niemal do końca, ponieważ sześć godzin przed śmiercią dziadek trafił do puckiego hospicjum. Dziadek wiedział, czuł, że jest kochany – mimo wszystko. Mimo swojego alkoholizmu. Mimo tego, że wcześniej niekoniecznie przejmował się rodziną – a na pewno o tym nie mówił. Mimo że alkohol mocno go niszczył. Mimo że najbliższa rodzina musiała mu bardzo przebaczyć, aby dać mu tyle miłości w ostatnich chwilach.

Gdy siedzieliśmy z Maćkiem u dziadka w pokoju, niewiele mówiliśmy. Nie było to jednak potrzebne. Barbarzyństwem byłoby w tym momencie snucie jakichkolwiek teorii. Barbarzyństwem filozofowanie. Milczenie okazało się najlepszym ratunkiem na samotność. Wtedy przyszedł impuls: przytul go, tylko go przytul.

Kiedy nic już nie możesz zrobić, chyba tylko czułość pozostaje.

Siedząc tak na łóżku i trzymając jego kruche ciało w swoich ramionach, czułam też ogromne bicie serca dziadka. I straszne wzruszenie. Potem lekko dotykałam swoją dłonią jego plecy. „Co ty moje gnaty tak dotykasz?” – zaśmiał się. Zaśmiał, a jednocześnie ucieszył.

Do tego stopnia, że mówił o tym – o czym powiedziała mi ciocia – nawet w hospicjum, niedługo przed śmiercią. „Agatka to Agatka”.

Nie zasłużyłam na to – tak po ludzku. Nie zasłużyłam, aby ktoś wspominał moje imię w trakcie ostatnich chwil swojego życia.

Nie zasłużyłam, ale to dostałam.

Miłość. Ona jest, naprawdę, może najpierw tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy.


Chciałabym nie zapominać mówić ludziom, że są dla mnie ważni.

Chciałabym pamiętać o tym, jak ważne jest zwykłe przytulenie.

Chciałabym kochać i… czuć się kochana.

Chciałabym, w chwili mojej śmierci, mieć świadomość, że ktoś zwyczajnie JEST.


 MIŁOŚĆ.

Ona naprawdę jest…

Tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy…

W nas i wokół nas.

Wdzięczność.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

testament

Piszę tę notkę od 3 h i skończyć nie mogę. Nie dlatego, że nie wiem, co chcę przekazać. Ale o tym, że wydaje mi się, że ciągle jestem zbyt głupia, aby się tak wymądrzać. Ciągle zbyt mało wiem, zbyt mało doświadczam. I choć moje życie, o czym też powiedział wykształcony psycholog, jest pasmem doświadczania, jednak ciągle mi mało. Chyba nie do końca wiem, czego chcę? Albo wiem, czego chcę, ale ciągle jest poza moim zasięgiem? Nie wiem.

Jeśli jednak mowa o doświadczeniu…

Ostatnio zachwycam się wszystkim. Staram się.

Zachwyca mnie mój chłopak, który jest najcudowniejszym facetem, jakiego poznałam. Zachwyca mnie dobre serce mojego Maćka, jego otwartość na życie, na drugiego człowieka, jego wyjście na przeciw, zasady, które stara się przestrzegać. I uczuciowość, której się nie boi (choć wrażliwość dla wielu jest taka „niemęska”).

Zachwyca mnie Kuba – niepełnosprawny chłopak, z którym od kilku miesięcy pracuję. A właściwie… Bawię się, przebywam, zachwycam jego obecnością. Karmię się spotkaniem z nim – mimo że czasem, po ludzku, nie chce mi się do niego jechać. Mam dość jego humorów. Ale jest dla mnie ważny. I ja dla niego. Uczę się kochać i przyjmować go takiego, jakim jest. Nie patrzeć przez pryzmat problemów, ale również radości.

Zachwycają mnie rodzice Kuby. Ich sposób komunikacji z synem. Podziwiam ich, szczególnie Mamę. Mam wrażenie, że problemy ich nie dotykają – bo ich miłość jest silniejsza od wszystkiego. Chcą dla Kuby jak najlepiej – i całe życie temu podporządkowują. To niesamowite, ile się od nich uczę. Przede wszystkim świętego dystansu – przecież na tyle rzeczy nie mam wpływu – więc po co mam się martwić?

Zachwyca mnie przyroda, ostatnio szczególnie… zachody i wschody Słońca. Uwielbiam patrzeć przez moje okno (w takich momentach cieszę się, że mieszkam na 4 – ostatnim – piętrze), słuchać śpiewu ptaków o 4 nad ranem i widzieć wschodzące Słońce. Wtedy nawet nauka do egzaminów nie jest taka straszna.

Zachwycam się samą sobą. Ostatnio coraz mocniej. I, mam nadzieję, nie jest to narcystyczny zachwyt – mimo wszystko staram się widzieć Drugiego. Jednak doświadczam swojego piękna – piękna dwudziesto-kilkuletniej kobiety, która kocha i chce być kochana, która ma swoją (piękną i świętą, choć trochę pogmatwaną!) historię życia. Która odkrywa, czym jest dla niej życie, czym jest budowanie pięknych i wartościowych relacji, czym miłość mimo lęku.

Ostatnio mniej tutaj piszę. Nie lubię teoretyzowania, moje życie opiera się głównie na praktyce. Staram się brać z dnia, ile wlezie – choć niekiedy dopada mnie zmęczenie i tak, jak dzisiaj, muszę po prostu odpocząć i trochę się powylegiwać.

Nie jestem święta. Mam problem ze spowiedzią, co wiąże się z nie-akceptacją siebie, innym razem z lękiem. Jednak te problemy tkwią… we mnie samej. Staram się walczyć, staram się, chociaż mi nie wychodzi. I… nie chcę się tym przejmować! Przecież taki jest urok człowieka, że „raz na wozie, raz pod wozem” (czy jak to tam brzmi). Moje martwienie się nic nie da. I nie zmieni mojej wartości w żaden sposób.

Kocham.

I wierzę, że Bóg mnie kocha.

Dlatego daje mi to wszystko. Wszystko, czego aktualnie potrzebuję do bycia szczęśliwą! Mimo że o tym zapominam.

A ja niczym na to nie zasłużyłam. Na szczęście.

Jeśli miałabym dzisiaj napisać testament, chciałabym zawrzeć w nim krótkie: Jestem nikim, niczego nie zabieram, wszystko oddaję.

Ale myślę, że już teraz powinnam tak żyć. Niczym się (zbytnio) nie przejmować. Tylko martwić się o jedno: aby moje serce nie zapomniało o miłości.

To byłoby katastrofą.

Czym jest miłość? Nie wiem. Uczę się jej teraz jak zawiązywania sznurówek w dzieciństwie. Plącze się, rozplątuję… i znów się plącze.

I Bóg, jak dobra mama, przychodzi i mówi: spróbuj jeszcze raz.

Na miłość nigdy nie jest za późno.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

za darmo

Prosiłam Boga o dar akceptacji siebie. Nie dał mi go, ale coś znacznie więcej – możliwość budowania relacji z ludźmi, którzy przyjmują mnie taką, jaka jestem. Bezwarunkowo. To ich miłość i troska o mnie zmienia moje myslenie. I moja troska o nich, gdzie chyba najbardziej realizuje się moja kobiecość.

Prosiłam Boga o wrażliwość serca. Postawił przede mną osoby, które nie tylko potrzebują mojej pomocy, ale które uczą mnie świętego dystansu do wszystkiego, co mnie spotyka, do moich własnych uczuć i tego, co się wokół mnie dzieje. Myślę tu głównie o moich niepełnosprawnych.

Prosiłam Go o miłość… Więc zaczął mnie jej uczyć.

Kiedy po raz pierwszy szłam z Asią na mszę świętą do wspólnoty neokatechumenalnej, nie do końca wiedziałam, co się wydarzy. Pamiętam, że strasznie mi się nic nie chciało… Poszłam na tę mszę tylko dlatego, że już się umówiłam, a nie chciałam zawieść koleżanki. Kolejnym powodem był fakt, że po Eucharystii wybierałyśmy się potańczyć do klubu, sobotnia msza była bardziej kusząca niż niedzielna (lepiej spędzić czas, odpoczywając w łóżku).

I tak, z moimi egoistycznymi planami, poszłam pierwszy raz na tę Eucharystię. Co prawda, kiedyś obiło mi się o uszy, o co mniej więcej w tym chodzi (choćby od Asi i ks. Antoniego [którego serdecznie pozdrawiam!], jednak wiele rzeczy było dla mnie nowych. Przyznam, że była to chyba pierwsza msza w moim życiu, kiedy czułam, że naprawdę mogę być sobą, pierwsza msza, kiedy namacalnie doświadczyłam ducha wspólnoty i pierwsza msza, gdy zupełnie nie przeszkadzały mi hałasujące dzieci. Gdy brałam Jego Ciało w moje dłonie, czułam, że On naprawdę chce mi dać to, czego najbardziej potrzebuję. Przychodził. Do każdego z nas osobiście.

Nie powiem, że odzyskałam wiarę (chyba nigdy jej nie straciłam), z pewnością jednak przeszła ona wtedy jakiś kolejny etap.

I kiedy podczas każdej mszy świętej, za setnikiem z Ewangelii, modlimy się: „Panie, nie jestem godzien (…), ale powiedz tylko słowo…” – czułam, że to o mnie konkretnie chodzi.

I przyszedł.

Jednym z owoców tego naszego spotkania jest… początek relacji z Maćkiem. Moim chłopakiem 🙂

Prosiłam też Boga o to, by się spełniła Jego wola w moim życiu. Co dzień doswiadczam, że to się dzieje. Naprawdę. Po prostu.

I najpiękniejsze jest to, że to żadna moja zasługa! To raczej Jego pomysłowość, aby moje lenistwo i nadmierną ciekawość wykorzystać do czegoś dobrego 🙂

Nawet Asia nie mogła spodziewać się tego, co mnie tam spotka. Na szczęście 🙂

Akceptacja siebie i innych. Odkrywanie własnej kobiecości. Bycie DLA i PRZY.

A wszystko ze świadomością, że  Pan Bóg kocha. Po prostu i za darmo.

Jego Ciało dla mnie przybite do krzyża i zmartwychwstałe. Jego serce, które uczy mnie kochać, choć to często trudna miłość, bo przekracza nawet wyobrażenia. Jego bliskość, która nie ma nic wspólnego ze zniewoleniem.

Nic więcej…

„Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nam umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.” Rz 8, 35-39

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

jest łaską

Nie zasłużyłam sobie na miłość – a jednak ją dostaję.

Nie zasłużyłam sobie na bliskość – a jednak są osoby, które mogę przytulić, które mogę pocałować w policzek, zwyczajnie BYĆ.

Nie zasłużyłam sobie nawet na własne życie.

To wszystko się po prostu dzieje. Oddycham, chodzę, śpiewam (i fałszuję), a to wszystko za darmo.

Nie mogę być lepsza niż jestem.

Nie mogę być też gorsza.

Dzisiaj byłam na mszy neokatechumenalnej. Kiedy kapłan podał mi do moich wiecznie trzęsących się dłoni Pana Jezusa, pomyślałam: no, nieźle, teraz to Ty mi się dajesz.

Bo ja ciągle, przez wiele lat (aż do dzisiaj?) miałam poczucie, że to JA muszę się zmienić, JA muszę dać coś z siebie, JA muszę wyzbyć się grzechu i JA powinnam być lepsza niż jestem.

Chociaż nie mogę tego zrobić. Chociaż zawsze będzie coś do zmiany. Chociaż…

A On? Podał się na tej mojej, może nieco brudnej dłoni. Wszedł do mojego serca, które też nie jest wolne od wszystkiego. JEST.

I nie dlatego, że jestem dobra. Nie dlatego, że staram się żyć Ewangelią.

Ale dlatego, że mnie kocha.

——————————————————–

Mam wrażenie, że największym marzeniem Pana Boga względem nas jest to, abyśmy czynili niebo na ziemi. Po to zesłał Swojego Ducha. Po to postawił nas na tej ziemi. Po to dał nam tych konkretnych ludzi – również z ich wadami, abyśmy mogli się zmienić na lepsze. Dzięki Niemu, a nie dzięki naszemu samozaparciu się.

Wszystko jest łaską – tak moje życie, jak i moje umieranie. Mój głód i moje bogactwo. Moje wady (które pokazują mi człowieczeństwo), jak i zalety.

Wszystko jest łaską.

Co nie oznacza, że nie mam mieć chęci dobrze spędzanego czasu; że nie mam się zmieniać; że nie mam stawać się dojrzalszym człowiekiem.

Tylko… bez spiny.

Chrystus już ostatecznie zwyciężył! Grzech pokonany.

Wszystko jest łaską. Ale… ale… czy uwierzę w tę Jego miłość? A może dalej będę wątpić – niczym ten, który widzi chleb, a myśli, że to kamień?

————————————————-

Kiedy patrzę na Kubę, chłopaka, z którym pracuję, widzę jego radość. Kuba choruje na porażenie mózgowe. Nie chodzi, nie mówi, nie jest w stanie w nocy przełożyć się na drugi bok. Mimo wszystko, ciągle się uśmiecha. Zastanawiałam się: dlaczego?

I zrozumiałam.

Kuba ma cudownych rodziców, którzy wszystko by dla niego zrobili. Wie, że jest kochany – i ta miłość właśnie sprawia, że Kubuś czuje się radosny. Mimo że, po ludzku, jest na straconej pozycji.

Bo to miłość, na którą on też nie mógł sobie zasłużyć, sprawiła, że czuje się bezpieczny i szczęśliwy; miłość, dzięki której wie, że nie może nic zrobić, aby ona przestała się DZIAĆ.

Wystarczy Obecność, aby być blisko, aby czuć się dobrze, aby być radosnym.

Już wiem.

Choć ciągle tak mało rozumiem…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

sen

Śnił mi się dziwny sen. Odczuwałam w nim chyba wszystkie emocje – od przerażenia, do pokoju serca. Nie wiem, ile on trwał – ale to chyba jeden z najdziwniejszych snów mojego życia.

Śnił mi się… Pan Bóg. Wszyscy do Niego podchodzili. Mówili: „Mistrzu, opowiedz nam, co u Ciebie?” lub „Jezu, pomóż mi, bo…”. I On im odpowiadał.

Jednak najdziwniejsze w tym było to, że ten Mistrz wcale nie wyglądął jak Brad Pitt, ani nie przypominał Jima Caviezela – aktora, który grał Jezusa w Pasji Mela Gibsona. Nie miał ani brody, ani długich włosów – jak na większości obrazów, które widziałam. To, co było Jego wyznacznikiem, to rany, które miał na rękach, nogach, ale przede wszystkim zakrwawionej głowie. A poza tym…

Głuchoniewidomy Pan, który poruszał się za pomocą wózka inwalidzkiego, a porozumiewał się tylko przez dotyk. Ludzie wymawiali słowa, ale nie rozumieli odpowiedzi, jeśli do Niego blisko nie podeszli. Jeśli nie złapali za rękę, czy nie dotknęli twarzy. Potrzeba było się odważyć, wyjść naprzeciw. Potrzeba było zbliżyć się maksymalnie jak najbliżej – aby odczuć Jego porytą, powyginaną spastyczną dłoń, aby usłyszeć bicie Jego serca.

Nie miał wózka elektrycznego. Ufał na tyle, że prowadził Siebie do tych, którzy tylko tego chcieli. Tam, gdzie Jego bliscy uważali, że powinien iść. A oni rozumieli Go na tyle, że mieli świadomość, że nie mogą Go zostawiać tylko dla siebie.

Ci, którzy Go dotknęli, czuli radość. Większość ludzi się przepychała – mimo że nie było w Nim ani wdzięku, ani blasku (Iz 53, 2), a sam widok nie mówił o tym, że mógłby przynieść coś dobrego. Ci, którzy Go dotnęli, zostali uzdrowieni. Nie zmieniali się fizycznie, ale mówili: „przebaczyłem”, „jestem w stanie kochać”, „moja przeszłość mnie nie rani”. Dotykał przede wszystkim serca i leczył zranioną historię.

A ja? Na początku nie chciałam podejść. Bałam się. Przerażona, stałam jak najdalej. Byle nie widzieć. Chciałam odwrócić wzrok.

Przerażenie, potem wstyd… Nawet w śnie zdawałam sobie sprawę, że tyle mówię o niepełnosprawnych, a do Tego Chłopaka boję się podejść. Ale coś mnie do Niego ciągnęło. Tajemnica? Nadzieja, że i w moim życiu coś się zmieni? Nie wiem.

Obudziłam się jakaś szczęśliwsza. Bardziej niż kiedykolwiek.

Jezus głuchoniewidomy? Który milczy, przyzwalając na mój grzech? Który zamyka oczy na to, co trudne? Który chce jedynie… bliskości? Który potrzebuje, aby Go ktoś dotykał? Który JEST – choć potrzeba otwartości, aby Go dostrzec?

Jezus, którego prowadzą inni? Którego niosą? Którzy pozwalają, aby On mógł działać? Którzy wiedzą, że nie mogą Go zatrzymać tylko dla siebie?

Nie wiem – albo jestem „mistykiem”, albo „nienormalna” (bardziej kieruję się w tę drugą stronę 🙂 ). Jednak dla mnie mój sen jest bardzo wymowny.

Niedawno siedziałam w SKM-ce. Podeszła do mnie pewna pani. Pyta, czy mam może kilka groszy – bo jest głodna, od dawna nic nie jadła. Pieniędzy jej nie dałam, ale miałam pączka „za zeta” z kiosku obok dworca. Kiedy jej dawałam, zobaczyłam, że nie ma palców w jednej dłoni (zorientowałam się, bo wyciągnęła lewą, a odruchowo myślałam, że weźmie do prawej).

Pomyślałam sobie wtedy, że… po to może właśnie jestem zdrowa, aby móc dawać. Tylko po to. Aby czynić ludzi szczęśliwymi.

Ostatnio mało śpię. Uczelnia, praca, w wolnej chwili spotkania z bliskimi ludźmi. Jakiś czas na to narzekałam, ale dzisiaj rano (wiem, że późno, ale do wszystkiego się dojrzewa…), zdałam sobie sprawę, że… przecież to wszystko daje mi szczęście i poczucie spełnienia. I nic nie powinno mi tego mącić – a przede wszystkim nie marudzenie (według mnie zabójstwo każdego aktywizmu). Szczególnie, kiedy wiem, że to, co robię, jest dobre.

Kiedy marudzę, mogę przegapić wiele chwil mojego życia. Skupię się na ranach, na bolesnej przeszłości, na tym, co trudne. Nie na tym, co mogę, ale czego nie jestem, według siebie, w stanie zrobić – bo „tak mnie wychowano”, „co powiedzą inni”, „nie jestem tak dobry, jak…”, „jutro będzie jeszcze gorzej, ponieważ…”.

A Jezus?

Kamil, podobnie jak Jezus z mojego snu, porusza się za pomocą wózka inwalidzkiego. Nie mówi, ale posługuje się symbolami Blissa. Pamiętam, że podczas turnusu wakacyjnego w Brańszczyku, miałam cieżkie dni. Kamil podjechał do mnie, wziął swój skoroszyt i zapytał, dlaczego płaczę? Potem pojechaliśmy na lody. Karmiąc go, zdałam sobie sprawę, że nie po to żyję, aby się martwić (mimo że potem miałam jeszcze wiele dni, w których trudności zdawały się mnie ograniczać). Żyję po to, aby dawać siebie innym – jak tylko potrafię.

Sam Kamil wielu rzeczy fizycznie zrobić nie może, to prawda. Ale ma wielkie serce i wrażliwość, która przekracza tę jego niepełnosprawność. Daje siebie maksymalnie, jak tylko potrafi. Jest zawsze, kiedy widzi, że komuś dzieje się krzywda.

Wystrzegaj się trwogi i niepokoju, ponieważ nic bardziej od nich nie przeszkadza na drodze doskonałości. Zanurz delikatnie, a nie na siłę, swe serce w ranach naszego Pana. Ufaj bardzo Jego miłosierdziu i dobroci. On nigdy cię nie opuści. Nie przestawaj jednak mocno obejmować Jego świętego krzyża. Św. o. Pio

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

cierpienie?

Moja wiara się chwieje. Już nie umiem się modlić. Nie wiem, jakich słów używać. Mówić: „Panie”? – ale to takie… doniosłe. „Ojcze”? Czy nie za bardzo się spoufalam? „Mistrzu”? Ale czy chcę Mu służyć, czy On jest dla mnie kimś na tyle ważnym, że idę za nim krok w krok, staram się naśladować?

Więc milczę. Kontempluję moje pragnienia. Chcę być „przy”, choć nie rozumiem nawet: dlaczego? „Coś” mnie pociąga. „Coś” mówi mi: zaryzykuj. To „coś” zmieniło moje życie radykalnie, uczyniło je w jakiś sposób pełniejszym i… szczęśliwszym. Choć nie było to szczęście łatwe, wymagało wejścia wgłąb siebie, porzucenia pewnych ideałów, zaprzestania robienia rzeczy – ale nie dlatego, że „nie wypada”, czy „co powie na to bozia”, ale dlatego, że… one nie mają już dla mnie wartości, jak wcześniej. Liczy się to, aby kochać, aby być „dla”, „przy” i „z”, po prostu.

Nie modlę się. Nie umiem? Nie daję rady? Pokłóciłam się z Nim?

Nie… Chyba nie.

Jest mi ciężko mówić słowami. Opisywać swoje doświadczenia. Rozmawiać z Nim jak z przyjacielem. Z ojcem. Z bratem. Czy mistrzem. Ciężko.

Moje serce jednak mówi, chce mówić: ufam Ci. Niezależnie od wszystkiego. Niezależnie od tego, co jest, co będzie, co było wczoraj czy kilka miesięcy temu.

Ufam Ci, bo… bo Ty już raz, drugi, trzeci… Ty mnie nigdy nie zawiodłeś. Choć milczałeś – co mnie denerwowało. Choć pozwalałeś, aby mnie skrzywdzono. Dlaczego, Boże?

Milczysz?

Dzisiaj chyba „coś” zrozumiałam. Siedząc w SKM-ce i myśląc o swoim życiu.

Pozwoliłeś na zranienia w moim życiu, abym mogła innym przebaczyć – tak jak Ty mi przebaczyłeś. Abym pobłogosławiła – czyli dawała szczęście – jak Ty tego dokonujesz. Abym nie szukała winnych – ani w sobie samej, ani w innych, ani w Tobie – ale… pokazała swoje rany jako świadectwo, że TY jesteś.

Kiedy Piłat postawił Cię przed sobą, powiedział „Ecce Homo”. Oto Człowiek! Człowiek, który może, ale nie musi kochać. Człowiek, który może zabić, ale może też dawać szczęście. Człowiek, który może wegetować, albo wskrzeszać się do życia. Człowiek, bez którego świat byłby uboższy.

Oto Człowiek, który stał się wariatem do tego stopnia, że oddał Swoje życie po to, aby uczynić innych szczęśliwymi.

I kiedy ten sam Człowiek, już po śmierci i zmartwychwstaniu, wchodzi do wieczernika (de facto, przez zamknięte drzwi), Tomasz – niedowiarek (?) – krzyczy: „Ecce Deus!”. To już nie tylko Człowiek, za którym chodziłem, któremu ufałem, który za mnie umarł. Który pokazał mi Swoje rany, aby uświadomić mi, że to wszystko nie było na niby. Oto Bóg, który przychodzi, który daje Swoje Ciało, Ciało poranione, Ciało przedziurawione gwoździami, aby pokazać, że to wszystko… to wszystko dla MNIE. Przychodzi specjalnie do Tomasza, aby mu powiedzieć, że nie przeszkadzają Mu wątpliwości, że jego niewiara nie ma większego znaczenia, że w zaufaniu do Niego może być (powinna?) odrobina sceptycyzmu i zdrowego myślenia.

Mówi, że zranienia nie są końcem, a problemy tym, na czym powinniśmy się skupić; że żaden człowiek nie jest odrzucony – nawet ten najbrzydszy i najbardziej powyginany – bo to „w ranach jest nasze zdrowie”.

W ranach. Nie w pięknym spojrzeniu. Nie w mówieniu: wiem wszystko najlepiej. Nie w pokusie stabilizacji (choć dobrze jest, kiedy życie nie runie nam na głowę).

W ranach, które bolą i krwawią. W zranieniach najbliższych. W przebaczeniu tego, czego może dzisiaj nie jesteśmy w stanie nawet zrobić.

Pamiętam moment, kiedy nie chciałam żyć. Miałam wrażenie, że wszystko mi się posypało. Chłopak odszedł. Przyjaciele nie mieli czasu. Leżałam w łóżku 3 dni i wyłam z bólu, prosząc Boga, aby odszedł. Bo jeśli istnieje, mam Go dość. Jeśli faktycznie istnieje, jest tyranem, który nie interweniuje. Jeśli istnieje…

Dostawałam SMS za SMS-em od ludzi, którzy się o mnie martwili. Ale ich albo zbywałam milczeniem, albo przeklinałam to, co mówili… o Bogu, który jest dobrym.

Tych kilku dni nie zapomnę chyba do końca życia. Chodziłam jak cień, nawet do łazienki ciężko było się dostać, nie chciałam widzieć radości moich ówczesnych współlokatorów. Miałam dość wszystkich i wszystkiego.

Ale On przyszedł. Właśnie w tych moich zranieniach. W tym, czego – po ludzku – nie bardzo ogarniałam. W moim złorzeczeniu.

Przyszedł w ludzkiej postaci… osoby niepełnosprawnej. W moim przyjacielu Kubie, który powiedział: jesteś dla mnie ważna – choć Kubuś nie jest w stanie wypowiedzieć tego fizycznie. Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam radość. Taką zwyczajną. Taką, która mówi: dobrze, że jesteś.

Moje zranienie złączone z jego bólem. Moja samotność, która przeniknęła się z jego samotnością. Milczenie z milczeniem.

Wtedy zrozumiałam, że to nie cierpienie uszlachetnia. Mówią to tylko masochiści.

Miłość uszlachetnia. Poczucie bycia kochanym. Radość z bliskości. Możliwość pokazania ran bez skrępowania i odrzucenia z ich powodu.

Oto Bóg-Człowiek, którego zabiliśmy.

Oto Bóg-Człowiek, który chce wskrzeszać nasze serca i czynić je szczęśliwymi.

Doświadczyłam.

Chyba nie ma niczego piękniejszego.

Duchu Święty naucz ufać Ci bez granic
i poprowadź mnie po wodzie,
dokądkolwiek mnie powołasz,
zabierz dalej niż mnie nogi mogą zanieść… 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

jestem

Dawno nic nie pisałam. I nie dlatego, że zapomniałam, że prowadzę tego bloga – co dzień się modlę za to dzieło (jakkolwiek to wzniośle nie zabrzmi), aby to, co piszę i w jaki sposób formułuję zdania, było czymś dobrym i pożytecznym. Modlę się, abym słowem nie skrzywdziła, ale dawała nadzieję, pokazywała na miłość i wzmacniała wiarę, że nasze życie ma sens.

Jeśli mówić więc o sensie życia…

Szczerze przyznam, czasem mam problem, aby w ten sens wierzyć. Szczególnie w chwilach trudnych, w momentach załamania (a tych mam ostatnio dość sporo), w czasie kryzysów, gdy moje serce mówi: dość tego, nie mam już sił! Gdy wszystko wrzeszczy, że ten dobry Bóg, któremu zaufałam kilka lat temu, nie istnieje, a jeśli żyje, to wcale nie jest taki miłosierny. A już na pewno nie ma nic wspólnego z Miłością – tylko zakazy, nakazy, katechizmy. „Ciasna brama” i te sprawy…

Od kilku dni chodzi za mną… moje imię. Kiedyś go nie lubiłam, potem stało się dla mnie obojętne, dzisiaj jednak coraz mocniej widzę, że to nie przypadek, że mam na imię AGATA. Zawsze starałam się żyć tak, aby tego imienia nie zaprzepaścić, aby być dobrą i szlachetną. Nawet za jedną z dywiz życiowych wybrałam słowa br. Alberta Chmielowskiego, że powinnam być dobra jak chleb, który dla każdego leży na stole, że każdy może sobie ułamać i zjeść, kiedy jest głodny.  Staram się, różnie wychodzi. Bywa…

Kiedy 3 lata temu studiowałam filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, na filozofii starożytnej poznałam piękne platońskie określenie, które spodobało mi się do tego stopnia, że uznałam je nie tylko za wzór, ale za pewnik, dzięki łasce Bożej – perspektywę do osiągnięcia. Kalokagatia. Ktoś, kto jest piękny zewnętrznie, ale również szlachetny w myśleniu i działaniu. W końcu zostałam stworzona na Boży obraz – wierzę – a Bóg chyba nie jest szkaradą i brzydotą.

Przez wiele lat uważałam, że moja wrażliwość (albo, jak powiedział mój ojciec duchowy: nadwrażliwość), jest tylko moim krzyżem. Płaczę dość często, wzruszam się – nie tylko na komediach romantycznych (właściwie to nie lubię oglądać filmów, w życiu obejrzałam może z 5, na reszcie zasnęłam). Wydaje mi się, że widzę i odczuwam więcej niż inni ludzie [choć mogę się mylić]. Mimo że z wiekiem staję się coraz bardziej stabilna emocjonalnie i staram się dopasowywać emocje do konkretnych sytuacji, różnie to bywa. Moje życie często toczy się wokół mojego stanu emocjonalnego, nawet nie umiem odpoczywać, mam wrażenie, że również w nocy myślę (o czym świadczy pościel na podłodze 🙂 ), jednak…

Ostatnio dość mocno odkrywam moją tożsamość. Jestem człowiekiem, kobietą, chrześcijanką, córką, przyjaciółką, studentką. Dla jednych Panią Agatą, dla bliższych znajomych Agatką, a dla mojej Mamy córeczką Agacią, jej rybką (tylko Mama ma prawo tak do mnie mówić, inni zostaną opieprzeni i uznani za infantylnych 🙂 ).

Mam swoją historię życia – inną od Twojej, swoją „ciasną bramę”, przez którą muszę przejść sama, a nie krocząc po czyimś śladzie. Posiadam problemy, z którymi sobie nie radzę, ale też radości i specyficzne poczucie humoru, którego nie wszyscy rozumieją.

Jestem Agata, Agatka, (dla Mamy) Agacia. Nie mogę być lepszą lub gorszą wersją samej siebie – choć, oczywiście, dzięki łasce Bożej, mogę zmienić swoje zachowanie, wyzbyć pewnych nawyków, mogę zdobyć większe poczucie swojej wartości.

Właśnie: poczucie wartości.

Ostatnio coraz częściej pytam moich przyjaciół: czy wiesz, że jesteś kochany? To pytanie zadałam mojej podopiecznej Dominisi podczas turnusu z osobami z niepełnosprawnością w Brańszczyku i… stał się cud. Otworzyłyśmy się na siebie, zaczęłyśmy być niczym dobre przyjaciółki i mimo że wcześniej nie odpowiadał mi jej sposób bycia (nachalnie brała moją twarz w swoje dłonie i chciała być całowana), przestało mi to przeszkadzać. Bo wiedziałam, że jedyne, czego my obie potrzebujemy, to poczucie bycia kochanym… mimo wszystko. Przyjętym, zaakceptowanym, zrozumianym. Potrzebujemy, aby Drugi przy nas był i, szczególnie w chwilach trudnych, trzymał za rękę. Nie musi pocieszać i mówić: będzie dobrze, wystarczy obecność…

Dominika wiele mnie nauczyła – chociaż na początku to ja chciałam ją „wyszkolić” (w końcu studiuję tę pedagogikę…). Przede wszystkim pokazała mi, że ja właściwie nie muszę na nic zasługiwać, że nikt nie może wymagać ode mnie bycia idealną i że miłość… ona się po prostu dzieje!

Dominisia cieszyła się z małych pierdół. Pocałunku w policzek, słuchania muzyki (jednego wersu jednej piosenki), z jedzenia lodów. Nie miała zahamowań i dystansu – w tym zachowywała się jak małe dziecko, a słowo „dziękuję” często gościło na jej ustach. Rzadziej mówiła „przepraszam”, ale patrząc na nią, nie można było długo się wściekać. Po prostu 🙂

„Czy wiesz, że jesteś kochana?”. Czy wiesz, że na nic nie musisz już zasługiwać? Czy wiesz, że Twoja wartość nie jest w tym, że zrobisz coś bądź nie, ale w tym, że – po prostu – jesteś?

I nie będę mówić tu kościelnymi zwrotami (które mnie samą często doprowadzają do łez): Bóg Cię kocha, alleluja, nic nie musisz, alleluja, Bóg jest pasterzem, alleluja, tylko pozwól Mu się paść, alleluja! Bo to chyba nie do końca o to chodzi, aby być ślepym na problemy, aby infantylnie wierzyć, że wszystko, co w moim życiu – nawet to, co naprawdę złe – jest dobre (bo Bóg jest). Choć mogę się mylić.

Jednak coraz wyraźniej widzę, że moje zachowanie, moje problemy, moja niska wartość samej siebie, moje emocjonalne wahanie… to nie jestem JA. Moje radości, moja wrażliwość, moje poczucie sprawczości… to również nie jestem JA. To, co sobie ktoś o mnie myśli (albo nie myśli), moje zakończone relacje, moja wrażliwość… to też nie jestem JA.

Kim jestem?

Kimś, kto stara się być człowiekiem, odkrywa piękno swojej kobiecości (również przez wrażliwość), dzieckiem Boga, który jest dobry.

Nie jestem ani nieco przerośniętym dwudziestokilkuletnim płodem, ani sumą moich porażek, ani niewiarą we mnie moich rodziców. Nie jestem ani moją zranioną przeszłością, ani przyszłością, której się boję.

Jestem Agatą. Jestem kimś dobrym. Mogę być kimś dobrym, choć nie lepszym (bo wtedy pytanie: od kogo? dla kogo? dzięki komu?).

Jestem. Chcę być. Odkrywać. Marzyć. Dawać nadzieję.

Moja kobiecość?

Moja tożsamość?

Rzeczywistość?

JESTEM.

” A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni. Razem też wskrzesił i razem posadził na wyżynach niebieskich – w Chrystusie Jezusie, aby w nadchodzących wiekach przemożne bogactwo Jego łaski wykazać na przykładzie dobroci względem nas, w Chrystusie Jezusie. Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił.  Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili.” Ef 2, 4-10

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

pragnę…

boję się

boję się

niespłaconego kredytu

zaufania

boję się

słów

które zabijają

boję się

uwierzyć

w nienawiść

w opuszczone

niebo

które

nie ma nic do powiedzenia

w Boga

który patrzy

i nie wierzy

w Boga

który szuka

człowieka

i nie wierzy

czy nawet On mógł

zapomnieć

że kocha

————————————————-

Boję się.

Lęki, niczym demony, dobijają się do mnie od środka. Nie umiem uwierzyć, że jestem piękna i wartościowa – choć patrzę w lustro i widzę (prawie) uśmiechniętą dziewczynę, z niebrzydką twarzą, szczupłą sylwetką ciała i nawet (wystarczająco) pięknymi włosami. Czy ja śnię? Ten koszmar nie chce się skończyć. Dziury załatać. Trudności przestać zabijać.

Bóg milczy. Czy w chwili wniebowstąpienia powiedział ostatnie słowo?

A ja się boję.

Chciałabym kochać. A tymczasem widzę tę smutną twarz z podkrążonymi oczami. Nie mogę dopatrzeć się pięknej, młodej, zdrowej kobiety. I chociaż fizycznie nic mi nie dolega, psychicznie…

A On ciągle milczy. Nic nie mówi. Mam Go dość. Tego Jego milczenia.

Chce mi się krzyczeć. Płakać. Wyć z bólu.

A tymczasem nie mam sił nawet uronić łzy. Z poduszki coś zaczyna się sypać – moje paznokcie, palce, które ściskały ją kurczowo, przebiły nawet powłokę, ale mnie to nawet nie obchodzi.

Ten rozrywający ból, który przeszywa serce do tego stopnia, że…

————————————————-

I nagle dzwoni telefon.

  • Agatka, rusz dupę, potrzebujemy ciebie.

Wystarczyło, aby poczuć się lepiej? Nie… Czy oni naprawdę nie wiedzą, że ja, że ja, że ja… umieram?

————————————————-

I dzwoni drugi telefon.

  • Co się z tobą dzieje, martwię się o ciebie?

————————————————-

I trzecie zerknięcie na ekran. Tym razem SMS.

  • Naprawdę jesteś dla mnie ważna.

————————————————-

I… Tyle?

Kropka?

A może Bóg nie powiedział ostatniego zdania?

A może skupiliśmy się na krzyżu, a nie na tym, co powiedział chwilę przed wniebowstąpieniem (że nas samych nie zostawi)?

————————————————-

Milczenie.

W moim życiu to Jego specjalność.

Nie mam wizji. Nie posiadam stygmatów. Często nawet własnych snów nie pamiętam.

Porusza serce. Mówi: kocham cię taką… Właśnie z tym twoim lękiem i niewiarą. Z tym, że nie potrafisz na siebie spojrzeć. Z tym, że boisz się żyć tym, co teraz, że ciągle rozpamiętujesz przeszłość i z przyszłością wychodzisz na tyle daleko, że… teraz nie ogarniasz rzeczywistości.

Kocham cię, choć ty nawet wątpisz w Moją Obecność.

Jestem przy tobie, choć ty nawet nie chcesz żyć, patrząc na siebie w lustrze.

JESTEM.

————————————————-

Ostatnie słowo?

A może…

może będzie tym samym, co w chwili śmierci?

Pragnę(J 19, 28)

————————————————-

Pragnę miłości, która ożywia.

Pragnę słów, które budują.

Pragnę Boga, który mówi (choć może i milczeć).

Pragnę Obecności.

Pragnę być, choć czasem chce się odejść.

Pragnę żyć, choć muszę i umierać – nawet teraz.

Pragnę dać, choć… lubię i brać, szczerze przyznam.

Pragnę się cieszyć, nawet wtedy, kiedy chce się płakać.

Pragnę płakać, to najlepsze, co może dać wzruszenie.

Pragnę…

BYĆ.

Po prostu.

————————————————-

Gdzie jest Agata?

Tutaj?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

miłość?

Miałam kiedyś o nich inne zdanie. Myślałam przede wszystkim w kategoriach: trudności, niemożliwości, brak wsparcia, niemocy. Nie mogłam na nich patrzeć inaczej niż przez pryzmat ich niepełnosprawności – to ona była na pierwszym miejscu. Współczułam rodzinie, która musiała (?) zajmować się tymi ludźmi. Zmiana planów życiowych, dostosowanie się…

A potem…

Pamiętam mój pierwszy kontakt z osobą niewidomą – Bronkiem. Było to po spotkaniu wspólnoty Uwielbienie u gdyńskich jezuitów. Bronek zaśpiewał jakąś piosenkę i – ciesząc się życiem – opowiadał o swoim byciu niewidomym. O tym, jak odkrywał piękno Boga – choć fizycznie nigdy nic nie zobaczył. Razem z ówczesnym chłopakiem mojej siostry (a teraz moim szwagrem), odprowadziliśmy Bronka na autobus do domu. Chwila rozmowy. Nie zapomnę do końca życia…

A potem…

Spotykałam ich czasem na ulicy. Z reguły nie zwracali na siebie uwagi. Nie zapomnę jednak, kiedy opieprzyłam pewną kobietę, która nie chciała przesunąć się w drzwiach, aby wpuścić poruszającą się na wózku inwalidzkim dziewczynę. Widziałam w oczach tej kilkunastolatki niesamowitą wdzięczność – choć dla mnie to oczywiste, że szczególnie w przepełnionym po brzegi autobusie, w godzinie szczytu, powinno być miejsce dla osoby mniej sprawnie fizycznie.

A potem…

Pojechałam do Brańszczyka. Myślałam, że będę ich głównie zabawiać, a nie zmieniać pieluchy czy przekładać na drugi bok. Nie zdawałam sobie sprawy, że niektórych ludzi trzeba nawet karmić – inaczej umrą z głodu.

Pojechałam i…

Moje życie się odmieniło.

Zobaczyłam, że ci ludzie nie są zlepkiem problemów. Zrozumiałam, że to nie tylko trudności. Ale również – a może przede wszystkim – ogromna radość i… wdzięczność.

Dzisiaj patrzę inaczej na wszystko, co mnie spotyka. Stałam się odważniejsza. Nabrałam większego dystansu do rzeczywistości. Staram się żyć tym, co DZISIAJ i TERAZ.

Co się jeszcze zmieniło?

Jeśli pomyślę o swoim przyjacielu (wiem, że mogę go tak zdecydowanie nazwać) Kubie, zdaję sobie sprawę, że on – po ludzku – niewiele może. Nie mówi, nie porusza się samodzielnie nawet na wózku elektrycznym, właściwie trzeba przy nim wszystko robić.

Jego osoba jednak zrobiła bardzo wiele dobrego… przez sam fakt bycia! Wiele wysłanych do niego kartek (od różnych osób, z różnych miejsc), masa prezentów… Jego rodzice, którzy cieszą się i płaczą razem z nim – od zawsze.

Kiedy słyszę o zamordowaniu (nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu!) niewinnego dziecka w Szpitalu – o zgrozo! – im. Świętej Rodziny, ogarnia mnie żal. I ogromny smutek. Nie jestem zła na tych ludzi. Nie przeklinam ich. Jest mi jednak zwyczajnie smutno.

Życzę im, aby odnaleźli kiedyś to samo, co ja – w spojrzeniu Kuby czy Kamila.

Tych oczu nie da się zapomnieć…

Tego delikatnego dotyku czy pocałunku w policzek nie da się wymazać z pamięci.

I to… i to… i to…

Miłość?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj